Czego umowy licencyjne uczą o internautach?

W 2010 roku Gamestation – sklep internetowy z grami komputerowymi – z okazji 1 kwietnia zrobił ciekawy dowcip swoim klientom. Każdy, kto tego dnia kupił od nich cokolwiek, zrzekał się swojej duszy na rzecz sprzedawcy.

Dlaczego ludzie nagle postanowili powierzyć swoją przyszłość (a wręcz swoją wieczność) w ręce Gamestation? Czyżby byli aż tak lojalnymi konsumentami? Nic podobnego. Sklep sprytnie ukrył iście diabelski pakt w miejscu, którego nikt nie odwiedza – warunkach i postanowieniach umowy licencyjnej.

Zapis brzmiał: „By placing an order via this web site on the first day of the fourth month of the year 2010 Anno Domini, you agree to grant Us a non transferable option to claim, for now and for ever more, your immortal soul”.

Przez cały dzień swoje dusze oddało 7500 osób.

Ktoś powie, jednodniowy dowcip. Takich przypadków (pomijając aspekt metafizyczny) było jednak więcej.

Inna firma – PC Pitstop – przeprowadziła podobny eksperyment, w którym oferowała tysiąc dolarów osobie, która przeczyta odpowiednią klauzulę i prześle fragment licencji mówiący o nagrodzie na firmowego mejla. Udało się wyłonić zwycięzcę! Po… czterech miesiącach.

Dobrze, ale tekstów drobnym druczkiem nikt nigdy nie czyta, nic więc dziwnego, że w internecie działa to podobnie. W przypadku normalnych tekstów na pewno jest inaczej. Prawda? Prawda?

 

Najnowsze badania Uniwersytetu Columbia pokazują, że 59% użytkowników dzieli się treściami w mediach społecznościowych bez czytania. Z kolei starsze badania Gerry’ego McGoverna dowodzą, że tylko 1 na 15 osób potrafi odnaleźć informację, której szuka w tekście. Jakob Nielsen wybiórczą lekturę ochrzcił mianem „skanowania” i termin ten funkcjonuje do dzisiaj. Sposób, w jaki czytamy w sieci się zmienia, ale pewne rzeczy pozostają niezmienne.

Czy jest z nami aż tak źle? Po co wobec tego przykładać się do treści, skoro ludzie dzielą się z nimi bez czytania? Co robić?

Cóż, jest kilka rzeczy, nad którymi wypada się zastanowić.

Po pierwsze, rola nagłówków. Zastosowanie chwytów przyciągających uwagę może sprawić, że internauci zapoznają się z treścią, ponieważ poczują się wystarczająco do tego faktu zachęceni (lub, w przypadku zastosowania luki informacyjnej, niedoinformowani). Jeżeli nie – cóż, jak widać to od nagłówka zależy, czy puszczą nasz tekst dalej. Lepiej więc, żeby był dobry!

Po drugie, odpowiedni wygląd tekstu. Jestem przekonany, że w dzisiejszych czasach tekstu się nie pisze – tekst się projektuje. Należy tak go rozplanować, by proces lektury był jak najprostszy, a układ treści prowadził czytelnika od jednej ważnej informacji do kolejnej. Dopiero wtedy możemy z większym prawdopodobieństwem stwierdzić, że zapozna się z treściami, które chcemy mu przekazać. Inaczej, posługując się terminologią Nielsena, przeskanuje nie to, co trzeba.

Wniosek jest prosty. To, że ludzie nie czytają (tudzież czytają bardzo wybiórczo) nie oznacza, że sposób, w jaki piszemy teksty na stronę internetową, bloga czy z myślą o dowolnym innym medium przestaje mieć znaczenie. Wręcz przeciwnie. Nigdy nie był ważniejszy!

Do przeczytania (tudzież przeskanowania)!

Artur Jabłoński