Jak zostałem krytykiem kulinarnym

Blogerzy zainteresowani social media piszą głównie o negatywnych przykładach zarządzania profilem. Mniej lub bardziej spektakularne kryzysy odbijają się szerokim echem. Sam pisałem o słoniach Heinz. Czas promować dobre praktyki!

Z reguły nie wylewam żalów na profilach marek. Zapragnąłem jednak raz znaleźć się po drugiej, ciemnej stronie i napisałem do Kartoflarni:

Mój post specjalnie „kryzysogenny” nie był. Do samego lokalu nic nie mam, kulawe danie przeżyłem. Byłem ciekawy reakcji. Odpowiedź, jak widać, przyszła dopiero po dwóch dniach, kiedy zdążyłem zapomnieć o całej sprawie. Kartoflarnia jednak o mnie nie zapomniała. Przeprosiny, ok, macie ze mną spokój, znikam.

Jakiś czas później lokal rozpoczął promocję, w której przez dwa dni wszystkie dania z karty były dostępne za dychę. Grzech nie skorzystać, dołączyłem więc do wydarzenia na fejsie, żeby nie zapomnieć. Jakie było moje zaskoczenie, gdy zobaczyłem taki komentarz:

Od mojego narzekania minęły ponad dwa tygodnie. Innych pokrzywdzonych nie było, nikt mi nie współczuł, a ja sam niczego się nie domagałem. Mimo to, Kartoflarnia o mnie nie zapomniała i dwa dni później delektowałem się już perfekcyjnie przyrządzonymi ziemniakami :)

Swoim ukontentowaniem oczywiście pochwaliłem się na ich profilu. Marka podkreśliła dzięki temu, że nie zamiatają pod dywan niewygodnych przypadków. Wręcz przeciwnie, okazali się na tyle uparci, że znaleźli sposób, by raz jeszcze skusić mnie do wizyty u siebie – a prawdopodobnie, zrażony, więcej bym tam stopy nie postawił. Tymczasem nie dość, że pewnie nie raz tam jeszcze wpadnę, to jeszcze tworzę wpis :)

Case jak case – sam w sobie nieszczególny, może nawet zbyt błahy. Uznałem jednak, że warto o nim wspomnieć, bo w sieci łatwiej natknąć się na wskazówki czego nie należy robić niż przykłady dobrych praktyk.

Do przeczytania!

Artur

 

Przeczytaj także inne wpisy z kategorii Social Media: