Piano – system błędny w założeniach

piano_00411389

Jestem gotów płacić za treści w internecie. Stawiam tylko jeden warunek: muszą być warte moich pieniędzy. Piano go nie spełnia.

Sytuacja z życia wzięta. Potrzebuję dostępu do artykułu z cyfrowego archiwum „Gazety Wyborczej”. Pojedynczego tekstu. Nic więcej mnie nie interesuje. Jakie było moje zdziwienie, kiedy system nie przewiduje takiej, wydawałoby się najbardziej oczywistej opcji.

Co dostaję w zamian? Dostęp czasowy, dobowy, miesięczny. Bogata oferta tytułów za Piano stoi przede mną otworem, a wśród nich perły takie jak „Wysokie Obcasy” (apelujące do wrażliwszej strony mojej osobowości) oraz „Murator” (który z kolei próbuje we mnie obudzić Boba Budowniczego). Przecież to bez sensu!

Spróbujmy znaleźć odpowiednik oferty, którą oferuje Piano w realnym życiu. Wyobraź sobie, że chcesz kupić magazyn dla gitarzystów. Niestety, nie możesz go kupić, jeżeli nie weźmiesz dodatkowo dwóch innych miesięczników – „Wirtuoza Pianina” (co od biedy mogłoby Cię zainteresować) oraz… „Młodego Technika”. Po co ci „Młody Technik”, jeśli śrubokręt miałeś w ręku raz w życiu i mało nie wydłubałeś sobie nim oka?!

Pół biedy, gdyby te artykuły dawały czytelnikowi unikalną wartość. Czułbym wówczas, że wprawdzie sam nie korzystam, ale płacę fachowcom za dobrze wykonaną robotę. Tymczasem, kontynuując analogię, większość numeru wypełniają teksty typu „Z której strony trzymać śrubokręt”, „5 rodzajów śrubek, które musisz kupić w sklepie z narzędziami” oraz „Ile kosztuje remont mieszkania?”, którego konkluzją jest, że to zależy od miliona czynników.

Chcę kupić dostęp do pojedynczego artykułu. Nie chcę płacić za treści, które w żaden sposób mnie nie interesują. Nie chcę płacić za treści, które w zdecydowanej większości prezentują żenujący poziom. Dopóki wydawcy tego nie zrozumieją i nie skończą na siłę zakrzywiać rzeczywistości, nie dostaną ode mnie ani złotówki.

Do przeczytania,

Artur Jabłoński

szablon podpisu