Social gaming a brak czasu

Wczoraj na Oxpressie przeczytałem artykuł o wykorzystywaniu gier społecznościowych w reklamie. Jeżeli ktoś szuka informacji na ten temat – tekst przedstawia go przekrojowo. Mnie osobiście bardziej interesuje zjawisko social gamingu jako fenomen społeczny. Co sprawia, że ludzie spędzają przy nich tyle czasu?

Powodów dałoby się wymienić mnóstwo, a wśród nich chociażby wspomnianą przez OxPress niską barierę wejścia. Gry społecznościowe nie są skomplikowane, nie wymagają od użytkownika przesadnych kompetencji. Cukierkowa (przeważnie) oprawa jest po prostu urocza i wywołuje uśmiech. I tak dalej, i tak dalej.

Przeciętny czytelnik komiksu ma w tej chwili lat czterdzieści. Wychował się na opowieściach o superbohaterach, ale obecnie oczekuje już dojrzalszych, bardziej skomplikowanych fabularnie historii. Powstają więc specjalne serie. Zmienił się odbiorca, rynek się dostosował. Jak to się ma do gier społecznościowych?

Sytuacja jest do pewnego stopnia analogiczna. W tej chwili ludzie pracujący to pierwsze pokolenie (pokolenia) wychowane na Pongu i jego następcach. Dorastali z grami komputerowymi i w wielu przypadkach poświęcali im mnóstwo czasu. Sam zarywałem noce przy rpgach pokroju Planescape: Torment czy serii Fallout. Dziś nie mogę sobie już na to pozwolić. Mam obowiązki. Wszyscy mamy.

Młodsi gracze narzekają, że gry stają się coraz krótsze. Na przejście niektórych wystarcza tylko 6 godzin. Tymczasem według badań zdecydowana większość graczy gier nie kończy. Część nas nie wciąga, o części zapomnimy, gdy pojawią się nowe tytuły a z poprzednimi nie zdążyliśmy się jeszcze uporać. Granie w zbyt długich odstępach jest trudniejsze: zapominamy o fabule, co konkretnie mamy teraz zrobić albo nie potrafimy ocenić czy przedmiot, który właśnie wypadł z potwora jest lepszy od obecnie posiadanego w ekwipunku.

Odpowiedzią na ten problem są właśnie gry społecznościowe. Są proste – błyskawicznie odnajdziemy się w nich po krótkiej bądź dłuższej przerwie. Pomagają się rozerwać, ale pozwalają się oderwać. Są po trosze jak sam Facebook – zaglądamy na chwilę, na pół mechanicznie klikniemy w parę rzeczy i wychodzimy, by wrócić za pół godziny, gdy odnowi się energia.To nie przypadek, że stawiane przed graczem wyzwania są proste i powtarzalne.

Z tego też powodu wszystkie one nudzą mnie po jakimś czasie, a próbowałem zaangażować się w kilkanaście. Nie pamiętam dokładnie typologii graczy Pawła Tkaczyka z „Grywalizacji”, ale było tam coś o graczach nastawionych na wyniki. Wydaje mi się, że social games trafiają głównie do takich śrubujących własne rekordy „achieverów”. Tablica punktowa to dla nich najlepszy motywator.

Social games zawsze kojarzą mi się z grami sportowymi jak FIFA czyNBA2K. Te również odpala się po to, by rozegrać jedno klub kilka spotkań ze znajomymi czy z komputerem i wrócić do codziennych zajęć. Jasne, są ludzie, którzy przy Farmville czy MMORPG takich jak World of Warcraft spędzają większość życia. To jednak procent odstający od normy graczy.

Takich gier jest i będzie coraz więcej. Świat social games nie kończy się na produktach Zyngi ani na licencjonowanych tytułach jak Sims Social czy przywoływane już kiedyś przeze mnie serialowe The Walking Dead na Facebooku. Wejdź na Kwejka i zobacz ile tego typu gier się reklamuje. Nawet Settlers Online działa podług tej mechaniki. Co tu dużo mówić: Angry Birds czy jakakolwiek inna gra na mobile to też chwilowy przerywnik, może pozbawiony czynnika społecznościowego, ale pod względem pełnionej roli – identyczny.

Do przeczytania!

Artur