Współpraca z blogerami nie może być ryzykiem – nie wyśmiewaj ofert

Dostałem dzisiaj kolejną ofertę współpracy. Jest ich coraz więcej, co mnie cieszy. Inna sprawa, że większość odrzucam. Z prostego powodu – są zwyczajnie słabe.

Mimo że nie godzę się na współpracę, to marki, które się do mnie zgłaszają mają szczęście. Inni blogerzy po otrzymaniu podobnych mejli zawyliby z oburzenia. Wraz z nimi kryzys nakręcaliby czytelnicy, którym taki bloger z lubością pokazałby żenującą ofertę.

Co ja zrobiłem z każdą niedopasowaną/żenującą ofertą? Podziękowałem i odpisałem, dlaczego się na nią nie zgadzam. Podałem alternatywne warunki, na które mógłbym przystać. Żadna z firm więcej do mnie nie napisała. Trudno.

Mam jednak poczucie, że postąpiłem właściwie. Po co mam kogoś wyśmiewać? Co by mi to dało? Zawsze krzywo patrzę na te wszystkie pełne oburzenia posty blogerów: „Ojej, ktoś nie doczytał, że ja nie lubię różu i przesłał mi różowy lakier do paznokci, skandal, apokalipsa, kryzys w social media”.

Faktem jest, że niektóre oferty czyta się z niedowierzaniem – jak ktoś zdrowy na umyśle mógł wpaść na coś takiego? Tylko po co dolewać oliwy do ognia? Zrażony publicznym linczem marketer może zawinąć swój budżet gdzie indziej. Nie lepiej wskazać błąd?

Jasne, ktoś źle wykonał swoją pracę. Nieważne dlaczego. Pytanie brzmi: co mi da wyśmianie go? Często słyszę, że nagłaśniając takie przypadki, edukujemy innych, jak się powinno współpracować z blogerami. Nieprawda. Uczymy ich bać się blogosfery. 

Jest wiele miejsc i sposobności, by podzielić się pechowymi kejsami. Konferencje. Artykuły w mediach. Grupy dyskusyjne. Nie potrzeba rzucać konkretnymi markami. Wystarczy chcieć, a znajdzie się sposób, by edukować bez szykanowania.

Blogosfera to i tak stosunkowo nowy kanał marketingowy. Obarczony ryzykiem. Nie lepiej zachowywać się tak, by swoją postawą pomóc pokonać obawy? To chyba oczywiste.

W naszym interesie jest nauczyć marketerów/agencje reguł współpracy, które będą odpowiadały obu stronom. Po co więc ich do siebie zrażać? Schowaj na chwilę swoje ego, podejdź do sprawy na luzie. O Twoim pseudokryzysie za parę dni i tak nikt nie będzie pamiętał.

Jeśli jesteś blogerem z najwyższej półki to pewnie masz to w dupie – i tak przyjdą do Ciebie inni, więc możesz oczerniać każdą ofertę. Zanim jednak puścisz obraźliwy post na Facebooku pomyśl, że w ten sposób odbierasz możliwość współpracy mniejszym od siebie. Bo skoro Ty jesteś niepoczytalny, to co dopiero ci średnio rozpoznawalni blogerzy, którymi straszy się małe dzieci?

Do przeczytania,

Artur Jabłoński